„Dziecko Rosemary” – klasyka horroru, która nie zawodzi

dziecko rosemary okładka

Mam w pamięci jedną scenę z filmu „Dziecko Rosemary” – niepokojącą, duszną i trudną do zapomnienia. To właśnie ona towarzyszyła mi podczas lektury książki Ira Levin, przypominając, jak silnie działa wyobraźnia, gdy nie ogranicza jej ekran. Czy jednak powieść, która powstała niemal 60 lat temu, nadal potrafi wywołać autentyczny niepokój? I czy rzeczywiście jest lepsza od swojej kultowej ekranizacji?

Pierwsze wspomnienia: film vs książka

Mam mgliste wspomnienie kadrów z kultowego filmu „Dziecko Rosemary” w reżyserii Romana Polańskiego, w której tytułowa bohaterka rodzi dziecko. Pamiętam nie tylko samą scenę, ale i emocje, jakie towarzyszyły mi w tamtym czasie. Jakby sam poród nie był wystarczająco traumatyczny, dochodziły do tego elementy grozy. To właśnie ta scena powracała do mnie podczas lektury tej powieści i ponownie uświadomiła mi, że żadna ekranizacja nie przebiła w moim osobistym rankingu książki, i zapewne nigdy tego nie zrobi. Literatura daje mi przestrzeń dla własnej wyobraźni, zamiast narzucać wizję scenarzysty czy reżysera, którzy często pomijają lub modyfikują wybrane wątki.

Okultyzm jako pretekst do gry psychologicznej

„Dziecko Rosemary” to dziś już kultowa powieść grozy autorstwa Iry Levina, który w swojej twórczości nie ograniczał się do jednego gatunku: eksperymentował, mieszał konwencje, szukał nowych form, jednak to właśnie ten tytuł przyniósł mu największy rozgłos. Temat okultyzmu ujęty w ramach horroru, stał się jego znakiem rozpoznawczym, choć ja dostrzegam tu coś więcej: subtelną, konsekwentnie prowadzoną grę psychologiczną, będącą wstępem do dramatu.

Idealna żona w nieidealnym świecie

Młody, dobrze zapowiadający się aktor, stojący u progu kariery, wraz z żoną wprowadza się do nowego mieszkania. Kamienica, do której trafiają, owiana jest złą sławą – krążą o niej niepokojące plotki związane z jej przeszłością. Nie przeszkadza to jednak małżeństwu w rozpoczęciu nowego etapu życia. Rosemary pełni rolę idealnej żony (jak na realia tamtych czasów): urządza mieszkanie, gotuje, zajmuje się domem oraz oddaje drobnym przyjemnościom codzienności. Do pełni szczęścia brakuje tylko dziecka.

dziecko rosemary okładka

Kiedy umysł zaczyna płatać figle

Z czasem osobliwi sąsiedzi stają się nie tylko ciekawym dodatkiem, ale wręcz nieodłącznym elementem życia małżeństwa Woodhouse’ów. Codzienność Rosemary zaczyna jednak stopniowo wypełniać się dziwnymi zdarzeniami, narastającą podejrzliwością i poczuciem zagrożenia: pojawiają się teorie spiskowe, lęk o własne zdrowie i o życie nienarodzonego dziecka – to właśnie ten niepokój napędza fabułę, prowadząc ją ku niepokojącemu finałowi.

Realizmy, które dziś zaskakują

Czytelnik wyraźnie odczuwa, że książka powstała wiele lat temu – inne są realia, inne podejście do życia, inne zalecenia dotyczące chociażby ciąży. Autor zwodzi odbiorcę balansując cienką granicą: z jednej strony sugeruje możliwość zaburzeń psychicznych bohaterki, co potwierdza jej otoczenie, z drugiej buduje subtelne, trudne do uchwycenia napięcie ukryte pod powierzchnią zwyczajności.

Czy to horror idealny?

Zakończenie pozostawia niedosyt – jest otwarte, rodzi zatem więcej pytań niż odpowiedzi. Mimo to czuję satysfakcję zarówno z samej lektury, jak i z odkrywania, jak niemal 60 lat temu Levin łączył gatunki, tworząc przestrzeń i podwaliny dla współczesnego horroru psychologicznego. Miałam pewne obawy, czy klasyczna, „dostojna” groza będzie dla mnie odpowiednia, jednak ostatecznie pozostaję po lekturze w przekonaniu, że literacka forma przemawia do mnie silniej niż jej filmowa adaptacja.

A Wy który tytuł uznalibyście za najlepszy w gatunku powieści grozy?

„Dziecko Rosemary”

Ira Levin

Wydawnictwo Albatros

Więcej o książce tutaj: DZIECKO ROSEMARY – Ira Levin – Wydawnictwo Albatros

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *