Czy wielka sztuka usprawiedliwia brak empatii? Andy Warhol potrafił dostrzegać niezwykłość w ludziach, których inni nie zauważali, ale równie łatwo odwracał od nich wzrok, gdy przestawali być mu potrzebni. „Warhol i jego muzy” Laurence’a Leamera to opowieść o sławie, manipulacji, uzależnieniach i cenie, jaką płacili ci, którzy marzyli o swoich piętnastu minutach w blasku fleszy. Czy Warhol był wizjonerem wyprzedzającym epokę, czy bezwzględnym graczem, który uczynił z ludzkich dramatów sztukę?
Andy Warhol – wizjoner, cynik czy mistrz manipulacji?
Jeśli uważacie, że dzisiejsi celebryci budują swoją popularność na kontrowersjach, a viralowe nagrania przedstawiające drastyczne, szokujące czy wręcz absurdalne sceny z życia są zjawiskiem nowym, a zarazem przerażającym, to najwyraźniej nie znacie twórczości Andy’ego Warhola. A przede wszystkim tego, do czego potrafił się posunąć, by znaleźć się w centrum uwagi.
Zimny, wyrachowany człowiek, który owładnięty pragnieniem sławy był gotów zrobić wszystko, by odnieść sukces? A może zagubiona dusza, która w poszukiwaniu własnej tożsamości i artystycznego spełnienia przekraczała kolejne granice absurdu? W czym tak naprawdę tkwił fenomen Andy’ego Warhola? I czy gdyby przyszło mu żyć w dzisiejszych czasach, odniósłby równie spektakularny sukces?

Piętnaście minut sławy. Cena, której nikt nie chciał znać
Warhol był niczym radar, który z niezwykłą precyzją wychwytywał dusze poturbowane przez życie. Dostrzegał w nich potencjał, który mógł stać się przepustką do sławy – czy to za sprawą nieprzeciętnej urody, ekscentrycznej osobowości, czy odpowiednich koneksji. Jednocześnie pozostawał wyrachowanym graczem, który bez mrugnięcia okiem odwracał wzrok od swoich muz, gdy te zaczynały staczać się na samo dno.
Postać tego artysty jawi się jako uosobienie skrajności. Z jednej strony człowiek doskonale wiedzący, czego chce, z drugiej – ktoś, kto zdawał się gubić w drodze do obranego celu. Wizjoner czy cynik? Geniusz czy bezwzględny manipulator? A może po trochu każdy z nich?
Muzy Warhola – inspiracje czy narzędzia do osiągnięcia sukcesu?
Laurence Leamer, sięgając między innymi po zachowane nagrania, relacje i świadectwa osób związanych z Warholem, przybliża sylwetkę artysty, stopniowo burząc mit niemal boskiego wizjonera, który na zawsze odcisnął swoje piętno na pop-arcie i kinie eksperymentalnym.
Jego kultowe grafiki – chociażby doskonale wszystkim znany wizerunek Marilyn Monroe – czy undergroundowe filmy stanowią jednak tylko jedną stronę medalu. Tę bardziej błyszczącą, efektowną i chętnie eksponowaną.
Druga jest znacznie mroczniejsza.
Andy Warhol a współczesna kultura celebrytów
To historia ludzi, którzy w pogoni za sławą, akceptacją i choćby chwilowym zainteresowaniem znaleźli się w orbicie wpływów Warhola. Ludzi uzależnionych od narkotyków, pogrążonych w emocjonalnym chaosie, niejednokrotnie balansujących na granicy życia i śmierci. I choć trudno obarczać artystę odpowiedzialnością za wszystkie ich dramaty, nie sposób nie zastanawiać się, jak wielką rolę odegrał w ich historiach.
„Płomień, który świeci jasno, rzadko utrzymuje się przez dłuższy czas”.
Warhol dostrzegał w otaczających go ludziach coś, czego często sami w sobie nie widzieli. Oferował im role w swoich filmach, nierzadko za symboliczne wynagrodzenie, jakby sama możliwość zaistnienia przed kamerą była wystarczającą zapłatą. W końcu dawał im to, czego tak rozpaczliwie pragnęli — chwilę w blasku fleszy, obietnicę sławy, poczucie wyjątkowości.
Problem pojawiał się wtedy, gdy gasły światła reflektorów.

Kiedy jego muzy potrzebowały realnego wsparcia, zainteresowania czy zwyczajnej ludzkiej obecności, Warhol często pozostawał obojętny. Unikał konfliktów, nie angażował się w cudze dramaty, a niekiedy nie zdobywał się nawet na uczestnictwo w pogrzebach osób, które wcześniej stanowiły istotną część jego świata.
I właśnie ta obojętność wydaje mi się najbardziej przerażająca.
„Warhol i jego muzy” – książka o sztuce czy ludzkiej obojętności?
Bo czy można mówić o fascynacji drugim człowiekiem, jeśli dostrzega się w nim wyłącznie artystyczny potencjał? Czy dawanie komuś szansy na sławę usprawiedliwia emocjonalny chłód i brak odpowiedzialności za relacje, które samemu się tworzy?
Warhol, którego poznałem na kartach książki Leamera, to postać niejednoznaczna. Wizjoner, człowiek pełen wewnętrznych sprzeczności, wyrachowany cynik, a jednocześnie prawdziwy człowiek orkiestra. Artysta, który w swoich filmach uczynił z brzydoty, dosłowności, prowokacji i szokowania widza pełnoprawne środki wyrazu. To, co wówczas mogło uchodzić za sztukę niskich lotów, dziś stanowi ważną część historii kultury współczesnej.
„Ciekawe, kiedy Edie popełni samobójstwo. Mam nadzieję, że da mi wcześniej znać, żebym mógł to przynajmniej sfilmować”.
I trudno odmówić mu jednego – skuteczności.
Bo przecież nadal o nim mówimy. Analizujemy jego twórczość, podziwiamy obrazy, oglądamy filmy i próbujemy zrozumieć fenomen człowieka, który uczynił ze sławy niemal osobną dziedzinę sztuki.
Znacznie rzadziej wspominamy jednak tych, którzy stali u jego boku. Kobiety i mężczyzn gotowych poświęcić zdrowie, reputację, a niekiedy nawet życie, by choć przez moment znaleźć się w centrum uwagi. Ludzi, którzy wierzyli, że bliskość Warhola otworzy im drzwi do wielkiego świata, podczas gdy dla niego mogli być jedynie kolejnym fascynującym eksperymentem.
I być może właśnie dlatego „Warhol i jego muzy” to dla mnie książka nie tyle o wielkim artyście, ile o cenie, jaką płaci się za pragnienie bycia zauważonym.
Bo choć od czasów słynnej Factory minęły dziesięciolecia, mechanizmy rządzące światem celebrytów wcale nie zmieniły się tak bardzo. Zmieniły się jedynie narzędzia. Dziś zamiast eksperymentalnych kamer mamy smartfony, zamiast undergroundowych pokazów – media społecznościowe, a zamiast obietnicy piętnastu minut sławy — nieustanną walkę o zasięgi.
Pozostaje tylko pytanie: czy to Warhol wyprzedził swoje czasy, czy może my wciąż żyjemy w świecie, który pomógł stworzyć?
„Warhol i jego muzy”
Laurence Leamer
Wydawnictwo Mando
