„Dom Róży” Huberta Klimko-Dobrzanieckiego – recenzja. Islandia, samotność i życie u kresu

„Dom Róży” Huberta Klimko-Dobrzanieckiego – recenzja. Islandia, samotność i życie u kresu

dom róży okładka

Islandia w „Domu Róży” Huberta Klimko-Dobrzanieckiego nie jest jedynie malowniczym tłem wydarzeń. To przestrzeń surowa, odległa i nieprzewidywalna, w której życie wyznaczają polarne dni i noce, deszcz, wiatr oraz gorące źródła. Autor zabiera czytelnika w podróż, która początkowo wydaje się niepozorna, by z czasem odsłonić opowieść o samotności, starości, przemijaniu i potrzebie bliskości.

„Dom Róży” – dwa światy, które muszą się spotkać

„Dom Róży” to dyptyk polskiego autora, który przenosi nas do zagadkowej Islandii. Klimko-Dobrzaniecki tworzy historię złożoną z dwóch pozornie odrębnych opowieści i prowadzi je własnymi torami. Początkowo trudno dostrzec między nimi wyraźne połączenie. A jednak przychodzi ten moment, kiedy okazuje się, że choć góra z górą się nie zejdzie, bohaterowie islandzkiej opowieści jak najbardziej mogą się spotkać. I właśnie na to spotkanie czytelnik czeka.

Islandia widziana oczami polskiego autora

Islandia w tej powieści ma w sobie coś z klimatu znanego z literatury skandynawskiej. Jest surowa, chłodna i nieco tajemnicza. Natura nie pozostaje jedynie dekoracją – wyznacza rytm codzienności mieszkańców i tworzy specyficzną atmosferę całej historii.

To świat dni i nocy polarnych, deszczu, wiatru i gorących źródeł, które bywają atrakcją nie tylko dla przyjezdnych, ale również dla tych, którzy na co dzień funkcjonują w tym niezwykłym miejscu.

Autor nie próbuje jednak stworzyć pocztówkowego obrazu Islandii. Zamiast tego pokazuje miejsce, w którym życie toczy się własnym rytmem, a człowiek musi nauczyć się funkcjonować zarówno z pięknem, jak i surowością otaczającego go świata.

Historia niewidomej Róży i jej ojca

Zanim poznajemy polskiego bohatera, zagłębiamy się w losy niewidomej dziewczynki oraz jej ojca, prostego człowieka, który marzył o spokojnym życiu na malowniczym wzgórzu.

To postać, która szczególnie zapadła mi w pamięć. Mężczyzna własnymi rękami buduje dom dla swojej rodziny. Łowi, pracuje, działa i stopniowo rozwija własny biznes, odmieniając tym samym los najbliższych. Jest w nim ujmująca prostota, ale jednocześnie ogromna determinacja i potrzeba zapewnienia rodzinie bezpieczeństwa. Tym bardziej zastanawia pytanie: jak doszło do tego, że Róża, jego pierworodna córka, znalazła się pod opieką polskiego opiekuna medycznego?

Autor nie daje nam tutaj prostej odpowiedzi. Zamiast tego pozwala historii rozwijać się w swoim tempie i kieruje uwagę czytelnika w zupełnie inną stronę.

Dom spokojnej starości bez upiększeń

Drugą ważną przestrzenią powieści jest dom spokojnej starości, w którym pracuje polski opiekun medyczny. To miejsce, które funkcjonuje niemal jak osobny organizm. Obowiązuje w nim określony układ sił, a codzienność personelu przeplata się z życiem pacjentów. I właśnie tutaj autor pokazuje coś, co zdecydowanie nie jest łatwe w odbiorze. Pielęgnacja osób starszych zostaje przedstawiona bez upiększeń. Jest fizyczność, bezradność, zależność od innych i intymność człowieka, który stopniowo traci kontrolę nad własnym życiem. To obraz, który ma uwierać. Ma wywoływać dyskomfort, a nawet bezradność, ponieważ uświadamia nam coś, o czym nie zawsze chcemy pamiętać – każdy z nas może kiedyś znaleźć się w podobnym miejscu.

Starość, która odbiera niezależność

„Dom Róży” bardzo mocno dotyka tematu przemijania. W domu opieki przestaje mieć znaczenie to, kim ktoś był wcześniej. Nie liczy się już kariera, pozycja społeczna, dokonania czy życie, które przez dziesięciolecia budował.

Pozostaje człowiek zależny od innych.

I właśnie ta perspektywa jest w książce szczególnie przejmująca. Bo przecież każdy z pacjentów kiedyś był młody. Każdy miał swoje plany, pracę, rodzinę, marzenia, problemy i codzienność. Każdy był kimś więcej niż tylko nazwiskiem na dokumentacji czy osobą wymagającą opieki. Autor przypomina o tym w bardzo dosadny sposób.

Choć akcja powieści rozgrywa się w Islandii, problemy bohaterów okazują się zaskakująco uniwersalne. Pacjenci geriatryczni mają podobne troski i lęki niezależnie od szerokości geograficznej. Potrzeba bliskości, poczucie osamotnienia, strach przed śmiercią czy uzależnienie od drugiego człowieka nie mają narodowości. Klimko-Dobrzaniecki obnaża niewygodną prawdę o starości, ale nie robi tego po to, by szokować dla samego szoku.

dom róży okładka

Pokazuje rzeczywistość, o której często nie chcemy myśleć.

Młodość i kres życia

Jednym z ciekawszych aspektów „Domu Róży” jest zestawienie młodości i nadziei z przemijaniem i poczuciem pustki. Z jednej strony mamy Różę i historię jej rodziny, z drugiej – ludzi znajdujących się u kresu życia. Te dwa światy początkowo wydają się od siebie bardzo odległe.

A jednak autor stopniowo pokazuje, że łączy je więcej, niż mogłoby się wydawać. Jest w tej historii również pewien ekscentryzm, momentami brutalność i swoisty „kubeł zimnej wody”, szczególnie wtedy, gdy bohater staje ramię w ramię z personelem medycznym naprzeciw swoich pacjentów. Nie zawsze jest wygodnie. I chyba właśnie o to chodzi.

Czytelnik dość długo czeka na moment, w którym ścieżki bohaterów obu części powieści wreszcie się połączą. Kiedy jednak następuje to spotkanie, trudno pozostać wobec niego obojętnym. Pojawia się żal, nostalgia i poczucie, że poznaliśmy fragment życia ludzi, których losy mogły potoczyć się zupełnie inaczej. To zakończenie nadaje wcześniejszym wydarzeniom dodatkowego znaczenia i sprawia, że poszczególne elementy historii zaczynają układać się w spójną całość.

„Dom Róży” – moja opinia

„Dom Róży” nie jest książką, którą czyta się wyłącznie dla fabuły. To przede wszystkim opowieść o człowieku – o jego potrzebie niezależności, samotności, przemijaniu i tym, co pozostaje z nas wtedy, gdy przestajemy mieć wpływ na własne życie. Hubert Klimko-Dobrzaniecki pokazuje Islandię bez pocztówkowego filtra, ale jednocześnie wykorzystuje jej surowość do stworzenia wyjątkowego klimatu opowieści.

Najbardziej zapada w pamięć jednak obraz domu opieki. Realistyczny, momentami brutalny i niewygodny, ale przez to prawdziwy.

„Dom Róży” to książka o starości, która zmusza do myślenia o własnej przyszłości. O samotności, która może spotkać każdego. I o tym, że niezależnie od tego, gdzie żyjemy, pod koniec życia wszyscy pozostajemy przede wszystkim ludźmi, którzy potrzebują drugiego człowieka.

„Dom Róży”

Hubert Klimko-Dobrzaniecki

Oficyna Noir Sur Blanc

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *